Strona główna > 

Nestlé ofiarą szklanego szaleństwa

Vadim Makarenko

2011-09-03

Zwielokrotniona przez serwisy społecznościowe plotka może stać się dla firmy nie lada kłopotem. Ale ci, którzy ją wywołali, już nie mogą czuć się bezkarnie - specjalne oprogramowanie bez problemu ustali, kto poruszył lawinę

Nestle ofiarą szklanego szaleństwa
+ zobacz powiększenie

Ponad 22 tys. wpisów na temat szkła w kaszkach Nestlé zamieścili na Facebooku polscy internauci. Plotka o tym, że jedzenie dla niemowląt produkowane przez ten koncern może zawierać szkło, mogła dotrzeć do 3 mln internautów - szacuje zajmująca się badaniem reputacji marek w sieci firma Brand24.

5 sierpnia Polak z Wielkiej Brytanii ostrzegł w języku angielskim znajomych na Facebooku przed kaszkami Nestlé. Cztery dni później Polka mieszkająca w Norwegii zrobiła to samo, ale po polsku. Informacje przeczytali ich znajomi oraz znajomi znajomych. Prawdziwy wybuch wpisów nastąpił w miniony piątek po godz. 22 w Poznaniu, a w sobotę posypały się "ostrzeżenia" już z całej Polski. Teraz huragan przemieszcza się na blogi i fora dyskusyjne. "Uwaga mamy! Szkło w kaszkach Nestlé!!!! - ostrzegała w poniedziałek użytkowniczka o nicku Calineczka0109 na forum Szafa.pl, podając kod kreskowy serii kaszek. Francuski kod kreskowy, choć o Francji nie wspomniała słowem. "Kopiuj na status, chociaż nie jesteś rodzicem. Możesz uratować życie jakiegoś dziecka" - wtórował Mk271 na forum Gazeta.pl.

We wtorek polska filia koncernu zamieściła na swojej stronie kolejne oświadczenie, w którym przypomniała, że cała sprawa ogranicza się do Francji, a "apel wzywający do zwrotu tych produktów w Polsce jest bezzasadny i wprowadza rodziców w błąd". Zbyt mało, za późno.

- Plotka ma piorunujący zasięg, porównywalny z doniesieniem w porządnym programie informacyjnym w telewizji - mówi Jarosław Roszkowski, członek zarządu w firmie marketingowej Ad-Vice. - Jednak waga tej informacji jest dużo większa przez to, że pochodzi ona od znajomych, do których mamy większe zaufanie niż do mediów.

Z plotką o szkle w kaszkach jest jak z amerykańskimi thrillerami, których twórcy w napisach początkowych informują widza, że "film powstał w oparciu o prawdziwą historię". Zaczęło się pod koniec czerwca we Francji. W jednej z puszek przecieru bananowego dla niemowląt P'tit Pot Banana firmy Nestlé matka odkryła kawałek szkła. Producent szybko wycofał ze sklepów całą partię feralnego produktu. Uruchomił też bezpłatną infolinię dla rodziców i opublikował oświadczenie, w którym podał numer podejrzanej partii produktu. Centrala koncernu w Szwajcarii rozesłała do wszystkich swoich biur na całym świecie specjalne oświadczenie w tej sprawie: "Powyższa informacja o sytuacji na rynku odżywek dla niemowląt i dzieci we Francji, z którą mogliście się Państwo spotkać, dotyczy wyłącznie jednej serii odżywek na rynku francuskim. Ta seria produktów była sprzedawana wyłącznie we Francji" - zapewniał Nestlé. 15 lipca oświadczenie ukazało się na stronach internetowych Nestle.pl i Gerber.pl wraz z numerem infolinii do Centrum Informacji dla Rodziców. - Zamieściliśmy te informacje także na profilu marki Gerber na Facebooku, odpowiadając na pytania ludzi. Potem przez fora internetowe przetoczyła się fala wpisów, a gdy minęła, uznaliśmy, że temat się zakończył - mówi Małgorzata Szlendak z biura prasowego Nestlé. Ale to był dopiero początek. Dziś temat żyje własnym życiem, choć koncern zabiera głos na forach dyskusyjnych i przekonuje, że kaszki dostępne w polskich sklepach są produkowane w innych zakładach niż feralne P'tit Pot Banana.

Producenci żywności zmagają się z kryzysami regularnie. Wystarczy przypomnieć sobie 1999 rok i pleśń w wodzie bonaqa w Polsce albo zatrucia coca-colą w Belgii. Były to jednak prawdziwe, a nie urojone problemy nagłośnione przez władze sanitarne i media. Tym razem prawdziwy problem, któremu firma stawiła czoła we Francji, przerodził się w potężną plotkę w Polsce. Bez udziału mediów i władz stworzyli ją sami konsumenci.

"Otwarta formuła mediów społecznościowych, ich nieobliczalność i wolny przepływ informacji stawia firmy i marki pod dużą presją" - pisze na swoim blogu Jacek Gadzinowski z agencji reklamowej Kalicińscy.com. Z kolei David Kirkpatrick, reporter magazynu "Fortune" i autor książki "Efekt Facebooka", zwraca uwagę, że ludzie z taką samą łatwością zakładają grupy pt. "Milion głosów przeciwko FARC", jak i "Chce mi się rzygać na samą myśl o Vitamine Water". Dawniej chcąc zemścić się na nielubianej firmie albo jej jogurcie, mogliśmy najwyżej pisać listy do gazet i stacji telewizyjnych. Dziś zakładamy wątek na forum albo grupę na serwisie społecznościowym i zapraszamy do niego znajomych.

Firmom pozostaje jedynie zachowywać czujność, czyli codziennie przeczesywać internet, szukając w nim potencjalnych ognisk, i szybko je gasić. Zarobić na tym chcą producenci oprogramowania, którzy mnożą się jak grzyby po deszczu. Niektóre, np. Attentio, Brand24 czy NewsPointUGC, działają jak wyszukiwarki pokazujące firmom, jak o ich markach piszą internauci, i przedstawiające wyniki w postaci wykresów i analiz. Inne, jak Abeonet, potrafią też przesunąć w dół krytyczne opinie w wynikach wyszukiwania Google'a. Potrafią precyzyjnie ustalić, kto, gdzie i kiedy poruszył lawinę, podając krytyczną albo po prostu nieprawdziwą informację w sieci. Iwona Konstanty z biura prasowego Nestlé zapewnia, że na razie koncern nie zamierza podejmować kroków prawnych "w stosunku do kogokolwiek". Mimo to morał tej historii brzmi: żegnaj anonimowości, witaj odpowiedzialności.

Udostępnij link: Facebook

Sondaż

Czy za rozpuszczanie plotek w internecie, bez weryfikacji, ale w dobrej wierze, powinny być kary?

Najnowsze wiadomości