Powrót złotej rączki
2011-11-26
Zawodówki do remontu. Cała Polska marzy o tytule magistra. Ale z nim być może wróci do zawodówki
Fot. Michał Łepecki / Agencja Ga
52-letni Henryk spod Krakowa. Z wykształcenia prawnik, uczył historii w szkole, był urzędnikiem. Dziś jest kamieniarzem
+ więcej zdjęć
Firma budowlana w Dzierżoniowie na Śląsku. Ze znalezionej w Google fotografii patrzą na mnie prezes senior i dwaj młodzi wiceprezesi: Stanisław Miazga z synami. Senior obu wykształcił według przepisu, że liczy się wyższe wykształcenie. Starszy wybrał medycynę, młodszy - prawo. O ich życiu zdecydowała chęć podtrzymania firmy rodzinnej. I teraz zajmują się rozbiórkami, pracami ziemnymi i drogowymi.
- Choć lekarz, i to praktykujący, mój syn zna się teraz lepiej na budownictwie niż niejeden inżynier - chwali Stanisław Miazga.
Drugi syn nawet nie musi szukać wymówek - nie dokończył studiów, za to wrócił do technikum. Był już po maturze, ale poświęcił trzy lata regularnej nauki, żeby zostać profesjonalnym budowlańcem.
Miazga jest zadowolony: - Teraz źle się traktuje ludzi po studiach, wielu absolwentów pracuje za granicą na zmywaku. A moje dzieci mają w firmie swobodę i dobre zarobki, chociaż pracy po 20 godzin dziennie.
Ale senior Miazga podkreśla też, że szkoły techniczne źle przygotowują do zawodu: - Absolwenci nie mają umiejętności, bo w szkołach nie ma praktyk w firmach, a wiedzę mają na poziomie gimnazjum.
O kryzysie polskich szkół zawodowych i technicznych mówi się od lat. Idą tam najsłabsi uczniowie, którzy nie mają szans dostać się do liceów. Połowa absolwentów szkół zawodowych i techników nie może znaleźć pracy - ich kwalifikacje nie odpowiadają pracodawcom. Do tego nie każdy, kto zaczął zawodówkę lub technikum, kończy szkołę z zawodowymi uprawnieniami.
W 2010 r. niespełna 60 proc. uczniów techników (a w szkołach dla dorosłych tylko 40 proc.) oraz 80 proc. absolwentów zawodówek zdobywa dyplom uprawniający do wykonywania zawodu. To procent wyliczany spośród liczby uczniów, którzy do egzaminu przystąpili.
A do egzaminu przystąpiło - w technikach dla dorosłych jedynie połowa; w zawodówkach - 65 proc. uczniów; w technikach - 86 proc. Są szkoły, w których egzamin zawodowy zalicza kilka lub kilkanaście procent uczniów, i takie, gdzie żadnemu się to nie udaje.
Klucz to kilka zawodów
Problem ma rozwiązać reforma szkolnictwa zawodowego i technicznego - wchodzi w życie we wrześniu 2012 r. Jedną ze zmian jest inna lista zawodów niż obecna. Zawody będą grupowane według kwalifikacji. W ramach jednego zawodu, jednej szkolnej ścieżki, uczeń ma zdobywać kilka kwalifikacji, na które dotąd musiałby pracować kilka razy.
Na przykład ktoś, kto dziś zakłada centralne ogrzewanie oraz instalacje gazowe, musiał kończyć trzy lata zawodówki w klasie dla "monterów instalacji i urządzeń sanitarnych". Nie wolno przyłączać mu tych samych mediów na zewnątrz budynku - do tego musiałby skończyć zawodówkę po raz drugi, w klasie "monter sieci sanitarnych". Po zmianie wystarczy, że przejdzie zawodówkę raz - będzie tylko musiał zdać dwa egzaminy, żeby zdobyć uprawnienia do obu działalności. Podobnie, zamiast odrębnych szkolnych karier malarza-tapeciarza i montera suchych tynków oraz kafelkarza - będzie jedna - wspólna. Potem uczeń będzie mógł wybrać, z ilu zdobytych kwalifikacji zdaje egzamin. Czy chce być tylko monterem regipsów, czy chce też zdobyć uprawnienia do malowania.
Zmiana dotyczyć też będzie zawodów bardziej nowoczesnych. Nie będzie odrębnych klas, żeby się wyuczyć w montażu komputerów. A potem osobno projektowania i administrowania sieciami komputerowymi i osobno projektowania baz danych.
- Firmy nie specjalizują się tak wąsko jak teraz uczą szkoły. Szkoda czasu na trzy lata nauki w wąskich dziedzinach i zamykanie uczniom drogi rozwoju. Nie da się budować instalacji w oderwaniu od sieci, nie powinno się malować, jeśli się nie ma pojęcia o tynkach - mówi Krystyna Kowalonek, dyrektorka Zespołu Szkół Budowlano-Elektrycznych i Centrum Kształcenia Ustawicznego w Świdnicy na Śląsku.
Taki układ szkolny ma się przydać również dorosłym. Kto będzie chciał zmienić zawód po pięćdziesiątce, zrobi to. Wystarczy, że zapisze się na kurs zawodowy albo nawet po praktyce - przyjdzie na egzamin. Nie będzie musiał powtarzać całej szkoły zawodowej czy technikum z powtórką z języka polskiego albo geografii. To szansa np. dla domowych złotych rączek, gdyby chcieli z pasji albo z życiowej konieczności zdobyć nowy zawód.
W nowym systemie syn Stanisława Miazgi nie musiałby już po maturze odklepywać całego technikum - wystarczyłby kurs zawodowy i egzamin.
Doktorat z budownictwa
Bez certyfikatów od lat pracuje 52-letni Henryk spod Krakowa - z wykształcenia prawnik, przez lata uczył historii w szkole (skończył kurs pedagogiczny), był nawet oświatowym urzędnikiem w gminie. Gdy pod koniec lat 90. pojechał dorobić do USA, zmienił podejście do pracy. - Szkoła przestała mi wystarczać. Nie ze względu na uczniów, bo uczyć lubiłem. Ale w szkole było za mało swobody działania, za małe pieniądze, małe perspektywy rozwoju.
Za pieniądze z saksów Henryk sam zbudował dom. Niedługo myślał, na co szkołę zamienić - poszedł do firmy budowlanej. - Liczyły się umiejętności, nikt nie pytał o dyplom.
Teraz zajmuje się kamieniarstwem: kładzie posadzki, elewacja, dachy. Profesjonalnie, ale... bez profesji. - Po co mi dyplom? Każdy może otworzyć działalność, jaką chce - mówi.
Czy egzaminy są jednak takie ważne? Skoro tabuny "fachowców" bez uprawnień kładą w naszych łazienkach kafelki, montują wanny, malują ściany, kładą podłogi, a komputery naprawia bystrzejszy sąsiad?
Dyrektorka Kowalonek: - Są ludzie, którzy pasją i umiejętnościami zdobytymi w praktyce przewyższają tych, którzy zawodu się wyuczyli. Ale dyplomy będą coraz ważniejsze. Na Zachodzie już tak jest: w szarej strefie malarz zarobi dużo mniej niż ten zatrudniony z dyplomem. Widzę po uczniach, że dbają coraz bardziej o certyfikaty zawodowe w obcych językach.
Czy dyplomy zawodowe zaczną się w Polsce znów liczyć?
- Jeśli za wskaźnik przyjmiemy aspiracje polskich rodziców - to nie. Bo dużo więcej niż 80 proc. z nich pragnie dla swojego dziecka wyższego wykształcenia. I te aspiracje z latami rosną - mówi Janusz Czapiński, psycholog, kierownik badań "Diagnoza społeczna".
Profesor od 2000 r. analizuje warunki i jakość życia Polaków. - Jeszcze 10 lat temu wystarczył licencjat, żeby zadowolić rodziców. Dziś pragną widzieć w dzieciach magistrów, a nawet doktorów. Niezależnie od tego, co się mówi o bezrobociu wśród absolwentów studiów i umowach śmieciowych, ciągle dyplom studiów przesądza o zawodowej karierze i zarobkach.
Czapiński jest zwolennikiem wydłużenia kształcenia ogólnego dla wszystkich. - Solidne wykształcenie ogólne dla wszystkich, a kursy zawodowe dla niektórych to byłoby dla państwa tańsze i bardziej wydajne - mówi.
Co by się musiało stać, żeby szkolnictwo zawodowe odzyskało prestiż? Czy przykład rodziny Stanisława Miazgi to krok w tę stronę? - zapytałam Czapińskiego.
Odpowiada: - Szkolnictwo zawodowe ma szansę, kiedy rodzice zrozumieją, że lepsze od dyplomu byle jakiej uczelni jest dobre przygotowanie zawodowe. Skoro lekarze szukają pracy w zawodach technicznych, to znaczy, że nie ma dla nich odpowiedniego miejsca pracy. Będzie to dotyczyło coraz większej liczby absolwentów. Będą odkładać dyplomy i odchodzić do zawodów w prostej gospodarce, gdzie liczą się zdolności murarskie albo kierowania małą firmą. Przeinwestowaliśmy w wykształcenie.
W poniedziałek w "Gazecie Wyborczej": Masowa likwidacja zawodówek to błąd - mówi prof. Mieczysław Kabaj
W "Gazecie Praca.pl": A co ty zrobisz, by dostać pracę - mówią młodzi
- Choć lekarz, i to praktykujący, mój syn zna się teraz lepiej na budownictwie niż niejeden inżynier - chwali Stanisław Miazga.
Drugi syn nawet nie musi szukać wymówek - nie dokończył studiów, za to wrócił do technikum. Był już po maturze, ale poświęcił trzy lata regularnej nauki, żeby zostać profesjonalnym budowlańcem.
Miazga jest zadowolony: - Teraz źle się traktuje ludzi po studiach, wielu absolwentów pracuje za granicą na zmywaku. A moje dzieci mają w firmie swobodę i dobre zarobki, chociaż pracy po 20 godzin dziennie.
Ale senior Miazga podkreśla też, że szkoły techniczne źle przygotowują do zawodu: - Absolwenci nie mają umiejętności, bo w szkołach nie ma praktyk w firmach, a wiedzę mają na poziomie gimnazjum.
O kryzysie polskich szkół zawodowych i technicznych mówi się od lat. Idą tam najsłabsi uczniowie, którzy nie mają szans dostać się do liceów. Połowa absolwentów szkół zawodowych i techników nie może znaleźć pracy - ich kwalifikacje nie odpowiadają pracodawcom. Do tego nie każdy, kto zaczął zawodówkę lub technikum, kończy szkołę z zawodowymi uprawnieniami.
W 2010 r. niespełna 60 proc. uczniów techników (a w szkołach dla dorosłych tylko 40 proc.) oraz 80 proc. absolwentów zawodówek zdobywa dyplom uprawniający do wykonywania zawodu. To procent wyliczany spośród liczby uczniów, którzy do egzaminu przystąpili.
A do egzaminu przystąpiło - w technikach dla dorosłych jedynie połowa; w zawodówkach - 65 proc. uczniów; w technikach - 86 proc. Są szkoły, w których egzamin zawodowy zalicza kilka lub kilkanaście procent uczniów, i takie, gdzie żadnemu się to nie udaje.
Klucz to kilka zawodów
Problem ma rozwiązać reforma szkolnictwa zawodowego i technicznego - wchodzi w życie we wrześniu 2012 r. Jedną ze zmian jest inna lista zawodów niż obecna. Zawody będą grupowane według kwalifikacji. W ramach jednego zawodu, jednej szkolnej ścieżki, uczeń ma zdobywać kilka kwalifikacji, na które dotąd musiałby pracować kilka razy.
Na przykład ktoś, kto dziś zakłada centralne ogrzewanie oraz instalacje gazowe, musiał kończyć trzy lata zawodówki w klasie dla "monterów instalacji i urządzeń sanitarnych". Nie wolno przyłączać mu tych samych mediów na zewnątrz budynku - do tego musiałby skończyć zawodówkę po raz drugi, w klasie "monter sieci sanitarnych". Po zmianie wystarczy, że przejdzie zawodówkę raz - będzie tylko musiał zdać dwa egzaminy, żeby zdobyć uprawnienia do obu działalności. Podobnie, zamiast odrębnych szkolnych karier malarza-tapeciarza i montera suchych tynków oraz kafelkarza - będzie jedna - wspólna. Potem uczeń będzie mógł wybrać, z ilu zdobytych kwalifikacji zdaje egzamin. Czy chce być tylko monterem regipsów, czy chce też zdobyć uprawnienia do malowania.
Zmiana dotyczyć też będzie zawodów bardziej nowoczesnych. Nie będzie odrębnych klas, żeby się wyuczyć w montażu komputerów. A potem osobno projektowania i administrowania sieciami komputerowymi i osobno projektowania baz danych.
- Firmy nie specjalizują się tak wąsko jak teraz uczą szkoły. Szkoda czasu na trzy lata nauki w wąskich dziedzinach i zamykanie uczniom drogi rozwoju. Nie da się budować instalacji w oderwaniu od sieci, nie powinno się malować, jeśli się nie ma pojęcia o tynkach - mówi Krystyna Kowalonek, dyrektorka Zespołu Szkół Budowlano-Elektrycznych i Centrum Kształcenia Ustawicznego w Świdnicy na Śląsku.
Taki układ szkolny ma się przydać również dorosłym. Kto będzie chciał zmienić zawód po pięćdziesiątce, zrobi to. Wystarczy, że zapisze się na kurs zawodowy albo nawet po praktyce - przyjdzie na egzamin. Nie będzie musiał powtarzać całej szkoły zawodowej czy technikum z powtórką z języka polskiego albo geografii. To szansa np. dla domowych złotych rączek, gdyby chcieli z pasji albo z życiowej konieczności zdobyć nowy zawód.
W nowym systemie syn Stanisława Miazgi nie musiałby już po maturze odklepywać całego technikum - wystarczyłby kurs zawodowy i egzamin.
Doktorat z budownictwa
Bez certyfikatów od lat pracuje 52-letni Henryk spod Krakowa - z wykształcenia prawnik, przez lata uczył historii w szkole (skończył kurs pedagogiczny), był nawet oświatowym urzędnikiem w gminie. Gdy pod koniec lat 90. pojechał dorobić do USA, zmienił podejście do pracy. - Szkoła przestała mi wystarczać. Nie ze względu na uczniów, bo uczyć lubiłem. Ale w szkole było za mało swobody działania, za małe pieniądze, małe perspektywy rozwoju.
Za pieniądze z saksów Henryk sam zbudował dom. Niedługo myślał, na co szkołę zamienić - poszedł do firmy budowlanej. - Liczyły się umiejętności, nikt nie pytał o dyplom.
Teraz zajmuje się kamieniarstwem: kładzie posadzki, elewacja, dachy. Profesjonalnie, ale... bez profesji. - Po co mi dyplom? Każdy może otworzyć działalność, jaką chce - mówi.
Czy egzaminy są jednak takie ważne? Skoro tabuny "fachowców" bez uprawnień kładą w naszych łazienkach kafelki, montują wanny, malują ściany, kładą podłogi, a komputery naprawia bystrzejszy sąsiad?
Dyrektorka Kowalonek: - Są ludzie, którzy pasją i umiejętnościami zdobytymi w praktyce przewyższają tych, którzy zawodu się wyuczyli. Ale dyplomy będą coraz ważniejsze. Na Zachodzie już tak jest: w szarej strefie malarz zarobi dużo mniej niż ten zatrudniony z dyplomem. Widzę po uczniach, że dbają coraz bardziej o certyfikaty zawodowe w obcych językach.
Czy dyplomy zawodowe zaczną się w Polsce znów liczyć?
- Jeśli za wskaźnik przyjmiemy aspiracje polskich rodziców - to nie. Bo dużo więcej niż 80 proc. z nich pragnie dla swojego dziecka wyższego wykształcenia. I te aspiracje z latami rosną - mówi Janusz Czapiński, psycholog, kierownik badań "Diagnoza społeczna".
Profesor od 2000 r. analizuje warunki i jakość życia Polaków. - Jeszcze 10 lat temu wystarczył licencjat, żeby zadowolić rodziców. Dziś pragną widzieć w dzieciach magistrów, a nawet doktorów. Niezależnie od tego, co się mówi o bezrobociu wśród absolwentów studiów i umowach śmieciowych, ciągle dyplom studiów przesądza o zawodowej karierze i zarobkach.
Czapiński jest zwolennikiem wydłużenia kształcenia ogólnego dla wszystkich. - Solidne wykształcenie ogólne dla wszystkich, a kursy zawodowe dla niektórych to byłoby dla państwa tańsze i bardziej wydajne - mówi.
Co by się musiało stać, żeby szkolnictwo zawodowe odzyskało prestiż? Czy przykład rodziny Stanisława Miazgi to krok w tę stronę? - zapytałam Czapińskiego.
Odpowiada: - Szkolnictwo zawodowe ma szansę, kiedy rodzice zrozumieją, że lepsze od dyplomu byle jakiej uczelni jest dobre przygotowanie zawodowe. Skoro lekarze szukają pracy w zawodach technicznych, to znaczy, że nie ma dla nich odpowiedniego miejsca pracy. Będzie to dotyczyło coraz większej liczby absolwentów. Będą odkładać dyplomy i odchodzić do zawodów w prostej gospodarce, gdzie liczą się zdolności murarskie albo kierowania małą firmą. Przeinwestowaliśmy w wykształcenie.
W poniedziałek w "Gazecie Wyborczej": Masowa likwidacja zawodówek to błąd - mówi prof. Mieczysław Kabaj
W "Gazecie Praca.pl": A co ty zrobisz, by dostać pracę - mówią młodzi
Udostępnij link: Facebook
