Strona główna > 

Podziemna reforma edukacji

Aleksandra Pezda

2012-01-21

Wymyśl, jak zatrudnić nauczyciela, tak jakby nie był nauczycielem - to przepis na niezależną od rządu reformę w edukacji

Rys. Jacek Gawłowski

Reforma edukacji
+ zobacz powiększenie

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Gdyby w "Familiadzie" zadać pytanie: "Czego zazdrościsz nauczycielom?", pierwsze padnie: "Długich wakacji", a zaraz po tym: "Tego, że mają mało pracy". O dwóch miesiącach beztroskiego lata, dwóch tygodniach zimowych ferii, długich przerwach przy okazji świąt i wychodzeniu z pracy najpóźniej o godz. 15 marzy każdy, kto pracuje.

Jak się okazuje, nie wszyscy nauczyciele mają tak dobrze. Co dziesiąty z ponad 665 tys. pracuje dziś na wolnym rynku. To znaczy - bez przywilejów. Skąd je ma? Ze specjalnej ustawy zwanej Kartą nauczyciela.

Kto i co udaje

W 1997 r. minister edukacji Mirosław Handke powiedział: "Nauczyciele udają, że pracują, a my udajemy, że im płacimy". I te słowa do dziś wracają w każdej dyskusji o szkole. Tylko że dziś rząd PO-PSL uważa, że płaci nauczycielom godnie, po kilkuletnich stałych podwyżkach. To jedyna grupa z budżetówki, która podwyżki dostała - średnio po 50 proc. do pensji od 2007 r. Nauczyciele nadal nie są z tego zadowoleni - zwłaszcza że po dziesięciu latach pracy osiągają najwyższy poziom awansu (średnia 4,5 tys. zł brutto - na wsi czy w mieście), potem na podwyżkę nie ma już szans.

Co innego pracodawcy, czyli samorządy. Chcieliby także widzieć różnicę w nauczycielskiej pracy. A tu blokuje ich Karta i słynne "pensum" - nauczyciela wolno zatrudnić jedynie do 18 godzin przy tablicy. Resztę z 40-godzinnego tygodnia pracy nauczyciel może poświęcić na przygotowanie lekcji czy dokształcanie. Nikt go nie kontroluje.

Według raportów OECD polscy nauczyciele pracują w szkole najkrócej - 3,5 godz. dziennie to prawie dwa razy mniej niż średnia dla krajów UE. Rząd dorzucił dwie godziny w tygodniu na dodatkowe zajęcia z uczniami. Każda następna dyskusja o zmianach warunków pracy nauczycieli kończy się groźbą strajku oświatowych związków.

Samorządy mają dość. Bo choć za uczenie dzieci płaci państwo, to one zarządzają szkołami i je utrzymują. A pieniędzy z budżetu państwa wystarcza zwykle na 80 proc. nauczycielskich pensji, w najlepszym wypadku - na całe pensje. Z czego opłacić dodatkowe zajęcia z uczniami, sprzątanie i księgowość, wymianę okien, utrzymanie boiska?

Płacy belfrów samorządom ruszyć nie wolno - ustala je MEN.

Biorą więc sprawy w swoje ręce, szukają pomysłu - jak nie złamać prawa, ale oszczędzić na nauczycielu i dorzucić mu roboty?

Przepis 1: Oddam szkołę w dobre ręce

Patent Jarocina w Wielkopolsce. Jako pierwsi zauważyli, że tylko gmina musi sztywno trzymać się Karty nauczyciela. Kiedy szkołę przejmie stowarzyszenie, będzie mogło zatrudniać pracowników zgodnie z kodeksem pracy. I tak w ciągu kilku lat gmina sprywatyzowała połowę szkół - prowadzą je teraz stowarzyszenia rodziców i nauczycieli. W każdej są inne warunki pracy.

- Uratowaliśmy w ten sposób małe szkoły na wsiach. To prawda, że główne koszty ponieśli nauczyciele. W przeciwnym wypadku musielibyśmy likwidować szkoły - mówi były wiceburmistrz Jarocina Robert Kaźmierczak. Jak podaje, budżet gminy oszczędził w ten sposób ok. 4-5 mln zł rocznie.

W ten sposób Beata Zawisła, nauczycielka matematyki z 11-letnim stażem w małej niepublicznej szkole w Bachorzewie pod Jarocinem, przez pół ferii i pół wakacji prowadzi półkolonie w szkole - normalnie pracuje. Spędza w szkole po sześć godzin dziennie, zarabia kilkaset złotych mniej niż jej koledzy ze szkół publicznych. Nie interesują jej rządowe podwyżki dla nauczycieli - i tak ich nie dostanie. Ani nawet system awansu zawodowego - nie od tego zależy już jej pensja. Za to co kwartał dostaje premię. - Kobiety na kasie harują po osiem godzin, nie będę się bronić przed pięcioma lekcjami dziennie. Mogłam w ogóle nie mieć pracy, bo ta szkoła miała być likwidowana - mówi.

Przepis 2: Przedszkola dla przedszkolanek

Wynalazca - prezydent Radomia Andrzej Kosztowniak. Chce "minimalizować koszty" w edukacji. Wyliczył, że na nauczycieli wydaje trzy razy tyle co na inwestycje w mieście i dwa razy więcej niż na pomoc społeczną. Pogłówkował i wymyślił - połączy szkoły w większe zespoły i sprywatyzuje przedszkola. Przejmowanie przedszkoli zaproponował przedszkolankom - dostaną z kasy miasta część dotacji i będą sobie radzić same. Tyle że protestuje już Związek Nauczycielstwa Polskiego, a nauczyciele wpadli w panikę.

Iwona, przedszkolanka z 23-letnim stażem pracy: - Zarabiam 2,5 tys. zł na rękę, żeby dostawać takie pieniądze, przeszłam wszystkie stopnie awansu zawodowego. Nie jestem krezusem, nie lenię się. A teraz mnie straszą obniżką pensji do minimalnej krajowej [1,5 tys. zł brutto]. Za tyle pracuje się u nas na targu.

Przepis 3: Domy kultury bez młodzieży

Pomysłodawca: wiceprezydent ds. oświaty w Krakowie Anna Okońska-Walkowicz. Chce przekazać szkoły stowarzyszeniom. Na początek zaproponowała prywatyzację 11 młodzieżowych domów kultury. Gdy z nazwy usunie się przymiotnik "młodzieżowy" - będzie można tam zatrudniać instruktorów, niekoniecznie nauczycieli. Oczywiście - bez przywilejów z Karty. Bo w młodzieżowych domach kultury obowiązuje nauczycielskie pensum - czyli 18 godzin w tygodniu oraz pełne wakacje.

Na MDK-i miasto wydaje 25 mln zł rocznie, zajęcia są bezpłatne. W "niemłodzieżowych" domach kultury za zajęcia trzeba płacić, pracują instruktorzy na zwykłych umowach o pracę. Problem dotyczy ponad 400 nauczycieli. Ruch oporu zainstalował się na Facebooku pod hasłem "Nie dla likwidacji domów kultury!". Wiceprezes ZNP w Krakowie Barbara Bohosiewicz: - Nauczyciele będą tracić pracę. A nie wiadomo, czy domy kultury w ogóle przetrwają.

1 2  następne »
Udostępnij link: Facebook

Najnowsze wiadomości