Strona główna > 

Ekspert: Gabinetom politycznym niech płacą partie

Rozmawiała Renata Grochal

2012-02-14

Gabinety polityczne stały się przytuliskiem dla młodych działaczy, często wynagradzanych w ten sposób za zasługi dla partii - rozmowa z Jackiem Kucharczykiem prezesem Instytutu Spraw Publicznych

Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta

Dr Jacek Kucharczyk
+ zobacz powiększenie

Renata Grochal: Czy gabinety polityczne w ministerstwach są potrzebne?

Jacek Kucharczyk: Mam duże wątpliwości. Szczególnie biorąc pod uwagę, jak funkcjonują one podczas kolejnych rządów. Stały się przytuliskiem dla młodych działaczy, często wynagradzanych w ten sposób za zasługi dla partii.

A gabinety w samorządach, które już w 2009 r. miały być zlikwidowane?

- To jeszcze gorszy pomysł. Bo o ile sobie jeszcze wyobrażam uzasadnienie takiej instytucji w ministerstwach, o tyle w samorządach budzi to skojarzenie z rozdawaniem przywilejów. Taka posada w terenie może być łakomym kąskiem.

Czy 20-, 30-latkowie, którzy dziś zasiadają w gabinetach politycznych ministrów, mogą być merytorycznym wsparciem?

- Żeby skutecznie pełnić funkcję politycznego doradcy ministra, trzeba mieć ogromne doświadczenie w tworzeniu i we wdrażaniu polityk publicznych. Jak czytam w artykule "Gazety", że ministrowi ds. cyfryzacji doradza człowiek, którego kompetencje wynikają z faktu, że skończył elektronikę, to jest to mało przekonujące.

Gabinety polityczne prowadzą do zacierania granicy partii i organów administracji publicznej, które powinno się rozdzielać. Szczególnie w Polsce, gdzie mamy dosyć hojne finansowanie partii politycznych z budżetu.

To jak powinny funkcjonować gabinety polityczne, żeby miały sens?

- Powinni być w nich ludzie o dużym doświadczeniu politycznym, którzy zajmowaliby się doradzaniem w konkretnej dziedzinie, w której mieliby kompetencje. Np. zjedli zęby na wprowadzaniu jakiejś reformy i mogliby być przedłużeniem politycznym ministra, organizowaliby poparcie polityczne dla jakiejś reformy, np. emerytalnej w Sejmie. Tworzyliby takie policy units, czyli komitety ekspertów - mini think-tanki przy ministrach.

Obrońcy gabinetów mówią, że młodzi ludzie muszą uczyć się polityki, a nosząc teczkę za ministrem, poznają mechanizmy funkcjonowania państwa.

- Nie jestem przeciwnikiem mentoringu w polityce, czyli tego, żeby partie wychowywały sobie następne pokolenie polityków. To działa na całym świecie. Ale to nie powinno być finansowane ze środków na administrację publiczną, tylko z partyjnych pieniędzy.

Można by zatrudniać tych ludzi np. w partyjnych think-tankach, o których wprowadzeniu mówiło się w tamtej kadencji. Takie think-tanki byłyby miejscem, gdzie młodzi ludzie mogliby nabierać szlifów politycznych, a nie dochodziłoby do niebezpiecznego nakładania się partii i administracji publicznej.

Myślenie o administracji i partiach było takie, żeby oddzielić te dwie przestrzenie, dając z jednej strony partiom własne finanse, a z drugiej - tworząc apolityczną służbę cywilną. Gabinety polityczne są tu niekonsekwencją.

Politycy tłumaczą, że potrzebują gabinetów, bo muszą mieć w resortach zaufanych ludzi.

- Mogę sobie wyobrazić, że minister może mieć potrzebę zatrudniania ludzi, którym ufa. Ale to powinno być inaczej rozwiązane. Lepiej byłoby zatrudniać ich na stanowiskach administracyjnych z większym przywiązywaniem wagi do kompetencji.

Ale w 1997 r., gdy gabinety powstawały, chodziło właśnie o to, żeby nie zatrudniać partyjnych działaczy w administracji.

- System, który dziś działa, ma więcej wad niż zalet. Po latach możemy powiedzieć, że patologie nie zostały zlikwidowane, tylko zyskały oficjalną sankcję.

Minister sprawiedliwości Jarosław Gowin mówi, że musi przygotować koncepcję otwarcia zawodów i jedynym miejscem, gdzie może zatrudnić ekspertów, jest gabinet polityczny.

- Jeśli potrzebuje ekspertyzy, to może przecież zamówić ją u zewnętrznego eksperta czy w think-tanku. Nie musi zatrudniać ludzi z pensjami płaconymi miesiąc w miesiąc.

Ale gabinety polityczne funkcjonują we Francji, w Wielkiej Brytanii.

- Ale tam bardziej uwzględniane są kompetencje. Choć kwestia upartyjnienia administracji nie dotyczy tylko Polski, ale też krajów, które uważamy za wzory demokracji. W Wlk. Brytanii cała administracja jest obrośnięta różnego rodzaju organami "doradczymi", w których upychani są działacze partyjni. I to wcale nie znaczy, że praktyka ta jest dobra z punktu widzenia przejrzystości władzy.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Udostępnij link: Facebook

Najnowsze wiadomości