Strona główna > 

Eddie Vedder wybiera miłość

Robert Sankowski

2011-05-28

Charyzmatyczny frontman? Rockowa ikona? Symbol niezależności? Wszystko prawda. Ale nowa płyta oraz film dokumentujący jego solowe koncerty pokazują mniej znane oblicze wokalisty Pearl Jam

Fot. Damian Kramski / AG


+ więcej zdjęć

Pojawił się na scenie równo dwie dekady temu. Właśnie przeprowadził się z San Diego, w którym mieszkał od dziesiątego roku życia, do Seattle. Trochę w ciemno, bo jakaś nieznana kapela zaprosiła go do współpracy po wysłuchaniu zaledwie trzech nagrań demo, na których zaśpiewał.

Próbował szczęścia w muzyce już wcześniej. Występował w paru lokalnych zespołach. Nagrywał domowymi metodami własne piosenki. Ale głównie wegetował. Żeby zarobić brał różne fuchy - nocne dyżury w całodobowej drogerii, pracował na stacji benzynowej, był kelnerem albo ochroniarzem w hotelu. W wolnych chwilach chodził z kumplami surfować w Pacyfiku - typowy przedstawiciel pokolenia młodych Amerykanów wchodzących w życie pod koniec lat 80. Trochę nieprzystosowanych, wychowanych na muzyce i ideałach postpunkowego undergroundu, niezainteresowanych wizją kariery, kultury, świata, jaką oferował im dorosły świat. Niby zbuntowanych, ale jednak biernych. Świetnie sportretowanych w filmie Richarda Linklatera "Slacker" i ochrzczonych przez Douglasa Couplanda w jego najsłynniejszej książce mianem "Generacji X".

To wszystko miało się zmienić. A Eddie Vedder miał się stać jednym z ważniejszych katalizatorów tych zmian. Zespół, z którym rozpoczął współpracę, nazywał się Mookie Blaylock. Jego trzon tworzyli muzycy grający wcześniej w lokalnej gwieździe Mother Love Bone. Kapela rozpadła się, gdy jej frontman Andrew Wood zmarł po przedawkowaniu heroiny.

- W życiu dostajesz czasem szansę pracowania z jednym wybitnym wokalistą. Ale trafić na dwóch to już coś zupełnie niesamowitego - wspominał po latach gitarzysta Stone Gossard. Grał z Woodem, który był kwintesencją rockowego gwiazdora - zwariowany, barwny, przerysowany, przypominał słynnych muzyków z lat 70. Vedder był jego przeciwieństwem - choć równie ekspresyjny na scenie, to jednak wierny punkowemu etosowi, skoncentrowany bardziej na muzyce i emocjach, a nie scenicznych pozach, konsekwentnie podkreślający związek z fanami.

To pomieszanie charyzmy i pokory za chwilę nie tylko zaprowadziło Veddera na szczyty list przebojów, ale też awansowało na głos pokolenia. Mookie Blaylock zmienił nazwę na Pearl Jam. W maju 1991 roku zakończył nagrywanie debiutanckiej płyty. Album zatytułowany "Ten" ukazał się pod koniec wakacji tego samego roku. Razem z wydanym miesiąc później "Nevermind" wywodzącej się z tej samej sceny z Seattle Nirvany stał się sygnałem do przebudzenia dla niezależnej muzyki rockowej na całym świecie. Za sprawą zaledwie kilku piosenek, takich jak "Alive", "Even Flow" czy "Jeremy" Pearl Jam awansował do grona gwiazd muzyki gitarowej. A Eddie Vedder stał się ikoną muzyki grunge.

Nigdy nie pasowała mu ta etykietka. Podobnie jak reszta jego kapeli szybko próbował zdystansować się od całej tej gwiazdorskiej otoczki związanej z sukcesem "Ten". Na szczęście wybrał inną drogę niż lider Nirvany Kurt Cobain. Może mniej spektakularną, ale również nie tak tragiczną. Zamiast bezsilnie się szamotać, postanowił zmierzyć się z tym, co dała mu popularność. Mógł jak Cobain zostać Don Kichotem rockowej alternatywy. Postawił na mniej efektowną pracę od podstaw.

Pearl Jam konsekwentnie dryfował od nieoczekiwanego mainstreamowego sukcesu ku rockowej alternatywie. Grupa odcięła się od grunge'owego image'u, nagrywała płyty coraz mniej kojarzące się z brzmieniem Seattle, które sama pomogła wylansować, angażowała się w rozmaite akcje społeczne i polityczne. A przede wszystkim grała niezliczone trasy koncertowe, stawiając przede wszystkim na bezpośredni kontakt z publicznością. Zespołowi udało się coś niezwykłego. Z gwiazdy znów zamienił się w wiarygodnego reprezentanta undergroundu. Tyle że z wielomilionową armią fanów na całym świecie.

Vedder był centralną postacią tej ewolucji. Wziął na siebie rolę lidera, na którym skupia się cała uwaga publiczności. I który jest niekwestionowanym głosem zespołu. Symbolem zarówno Pearl Jam, jak i wszystkich głoszonych przez formację ideałów mających źródła w punkowym podziemiu lat 80.

Dzisiaj Eddie to już nie tylko frontman Pearl Jam. Sam w sobie jest rockową instytucją. Nagrywa solo. Wspomaga na płytach i koncertach innych artystów, zabiera głos w kwestiach, które daleko wykraczają poza sferę muzyki rockowej. Wszystko to jednak w ramach tego wizerunku, na który ciężko zapracował w Pearl Jam. Tak też prezentuje się w filmie dokumentalnym "Water On The Road".

To zapis kilku koncertów, które dał w Seattle. Wspomagają go zaproszeni goście niezwiązani z Pearl Jam. Ale tak naprawdę to solowy show Eddiego. Vedder z gitarą elektryczną, Vedder sięgający po akustyczne pudło, Vedder z mandoliną czy w końcu z ukulele, ale też Vedder poza sceną, pracujący nad programem koncertów czy rozmawiający w garderobie z innymi artystami - cały ten koncertowy dokument przypomina trochę jednoosobową wersję "Immagine In Cornice" - zapisu z trasy koncertowej Pearl Jam po Włoszech. I tu, i tam widać tę szczególną więź artystów z fanami. Widać również niezwykłe oddanie muzyce.

Co innego ukazująca się w tym samym co "Water On The Road" momencie solowa płyta Veddera "Ukulele Songs". Tu Eddie wyciąga zupełnie nową talię kart. Cały ten złożony z 16 piosenek album to przede wszystkim jego głos i - zgodnie z tytułem - brzmienie ukulele. Vedder sięgnął po ten instrument dla żartu kilkanaście lat temu podczas wakacji na Hawajach. Ale "Ukulele Songs" to nie żart. Vedder to programowe ograniczenie wynikające ze skromnego instrumentarium zamienia w atut płyty.

Nieważne, czy śpiewa utwór z repertuaru Pearl Jam, stary numer country znany z wykonania Everly Brothers ("Sleepless Nights") czy pochodzący z lat 20. ubiegłego wieku popowy standard ("Tonight You Belong To Me") - liczy się przede wszystkim melodia, delikatny, urokliwy klimat i słowa piosenek. Szczególnie słowa są tu zaskakujące. Praktycznie cała "Ukulele Songs" to płyta o miłości. Bardzo różnej - od tej spełnionej i szczęśliwej, romantycznej i sentymentalnej, po pełną bólu, rozstania, poczucia straty. Ale jednak o miłości.

Do tego tematu, którego praktycznie nigdy nie poruszał na płytach Pearl Jam, Eddie podchodzi zupełnie bez obciachu. Zdobywa się na liryzm, o jaki nigdy byśmy go nie podejrzewali. Zresztą nie tylko na to. Gdy w finale śpiewa słynny standard "Dream A Little Dream", niespodziewanie maksymalnie obniża swój głos, nieomal jakby chciał zmysłowo wyszeptać te wszystkie miłosne wyznania wprost do ucha ukochanej. A równocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że ten kawałek to zwyczajny pastisz. Takiego uwodzicielskiego, a zarazem wyluzowanego Veddera nie słyszeli dotąd nawet tropiący wszystkie związane z zespołem ciekawostki najbardziej zagorzali fani Pearl Jam.

Eddie Vedder
"Ukulele Songs"
Universal

Eddie Vedder
"Water On The Road"
MonkeyWrench/Universal


Udostępnij link: Facebook

Najnowsze wiadomości