Strona główna > 

Holenderskie kłody pod nogi

Jacek Pawlicki

2011-07-08

Antypolska tyrada holenderskiego europosła w Parlamencie Europejskim to zapowiedź problemów, jakie przewodząca radzie UE Warszawa będzie miała z Hagą. Zapalne punkty to prawo do osiedlania się, korzystny dla nas budżet Unii i Schengen

Fot. STR REUTERS

Geert Wilders (z lewej) i Barry Madlener w 2009 roku, po wyborach do Parlamentu Europejskiego
+ zobacz powiększenie

Do środy w Strasburgu o deputowanym Barrym Madlenerze z populistycznej Partii Wolności (PVV) Geerta Wildersa nikt w Polsce nie słyszał.

- Nie chcemy rumuńskich żebraków, bezrobotnych Polaków w Holandii, nie chcemy płacić na Grecję i nie chcemy europejskich podatków, nie chcemy Turcji w Europie - grzmiał Madlener po wystąpieniu Donalda Tuska w Parlamencie Europejskim.

Wbrew pozorom 42-letni eurodeputowany na holenderskiej scenie politycznej nie jest wcale oszołomem. Razem z Pimem Fortuynem, ekstrawaganckim profesorem, który pierwszy zerwał z holenderską poprawnością polityczną w sprawie imigracji, budował dziewięć lat temu partię Leefbaar Rotterdam (Rotterdam Dobry dla Życia). Do polityki wszedł właśnie w 2002 r. jako radny tego portowego miasta.

Fortuyn, zamordowany w 2002 r. przez nawiedzonego obrońcę praw zwierząt, stał się duchowym patronem holenderskich populistów. Choć partia Wildersa (to on porównywał Koran do "Mein Kampf" Hitlera) ma dużo bardziej radykalny program niż Leefbaar Rotterdam, korzysta z tego samego rozczarowania Holendrów polityką imigracyjną poprzednich rządów oraz rosnącej niechęci do integracji europejskiej i rozszerzania Unii.

W 2010 r. turecki minister ds. europejskich Egemen Bagis powiedział, że Madlener "cierpi na chorobę zwaną rasizmem".

W środę europoseł wykrzyczał to, co myśli zapewne sporo z 1,5 mln Holendrów, którzy w wyborach 2010 r. zagłosowali na Partię Wolności. 15 proc. zgarniętych wówczas głosów dało jej 24 posłów w 150-osobowym parlamencie i pozycję języczka u wagi. Choć PVV nie weszła w skład rządzącej koalicji liberałów i chadeków, to jako trzecia siła polityczna w kraju podpisała z nią umowę o współpracy.

- Oni robią, co chcą, trzymają na smyczy rząd - mówi o partii Wildersa Małgorzata Bos-Karczewska, mieszkająca od wielu lat w Holandii polska dziennikarka, obecnie szefowa portalu Polonia.nl.

W zamian za poparcie centroprawicowy rząd Marka Ruttego musi brać pod uwagę ostre stanowisko Partii Wolności np. w sprawie imigracji. Stąd także coraz bardziej eurosceptyczna postawa holenderskich ministrów w Brukseli.

Dlatego wielce prawdopodobne, że w czasie rozpoczętej właśnie polskiej prezydencji w UE przyjdzie się nam zetrzeć z Holendrami w kilku kluczowych sprawach.

Pierwsza to unijna swoboda przemieszczania się i osiedlania. Haga szuka w Unii sojuszników, by zaostrzyć przepisy dotyczące migrantów zarobkowych z innych krajów UE, w tym Polaków. Sprawa z polsko-holenderskiej zrobi się wkrótce europejska. Holenderski resort pracy proponuje nawet, by wyrzucać z kraju tych obywateli UE, którzy nie mają środków do życia i sięgają po zasiłki. Z Niderlandów musieliby się wynieść Polacy, Rumuni, ale także Hiszpanie, Niemcy czy Francuzi, którzy w tym czasie nie znaleźliby pracy. Warszawa protestuje, twierdząc, iż byłoby to sprzeczne z unijną dyrektywą 38/2000 gwarantującą swobodę przemieszczania się i osiedlania w Unii.

Holenderski parlament ma się zająć tą sprawą jesienią. Również wówczas ministrowie spraw wewnętrznych pod przewodnictwem Jerzego Millera wrócą do przyjęcia Rumunii i Bułgarii do strefy Schengen. To druga sporna kwestia.

Haga przy poparciu Niemiec i Francji blokuje rozszerzenie Schengen, twierdząc, że Bułgaria i Rumunia powinny ostrzej walczyć z korupcją, wzmacniać policję i sądy. Najchętniej odwlekłaby sprawę do 2012 r., kiedy zostanie opublikowany raport Brukseli o wdrażaniu reform sądowniczych w obu krajach. Nieoficjalnie holenderscy populiści mówią wprost - nie chcemy zalewu Romów i żebraków.

Również prezydent Nicolas Sarkozy nieoficjalnie zasygnalizował, że nie zgodzi się na żadną decyzję do wyborów prezydenckich we Francji w maju przyszłego roku. Szczytem tego, co może zrobić Polska, jest wywalczenie daty rozszerzenia Schengen na drugą połowę 2012 r.

Trzecia zapalna kwestia to budżet UE na lata 2014-20. Jego korzystną dla nas propozycję pod koniec czerwca przedstawiła Komisja Europejska. Choć za naszej prezydencji negocjacje na pewno się nie skończą, ambicją Polski jest zapobieżenie przejęciu inicjatywy w tej sprawie przez państwa domagające się cięć budżetu. A do nich, oprócz m.in. Wielkiej Brytanii i Szwecji, należy też Holandia.

Współrządzący w Hadze liberałowie szli rok temu do wyborów z hasłem obniżenia o połowę 5,3 mld euro holenderskiej składki do budżetu UE. Opowiadali się także za zmniejszeniem funduszy spójności wyrównujących różnice między bogatymi i biednymi. To największa część nowego unijnego budżetu, a Polska jest największym beneficjentem tych pieniędzy.

Najnowsze wiadomości