Kraj > 

Nie jestem śmieciem

Katarzyna Pawłowska-Salińska, Marta Piątkowska

2012-01-01

"Umowa śmieciowa" zrobiła zawrotną karierę w tym roku. Tak wielką, że przylgnęła do wszystkich form zatrudnienia, które nie są etatem na czas nieokreślony. Czy słusznie?

Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta

MICHAŁ ADAMSKI, analityk systemowy z Poznania: - Nie jestem zainteresowany etatem. Elastyczna forma, a jestem samozatrudniony pozwala mi dostosować godziny pracy do liczby obowiązków. Kosztuję mniej pracodawcę, to więcej zarabiam
+ więcej zdjęć

"Umowy śmieciowe - wilcze prawo współczesnego wyzysku". "Skazani na umowę-śmieć". "Premier: umowa o pracę nie może być śmieciowa". Takie tytuły alarmowały z gazet od września, kiedy ówczesny szef doradców premiera minister Michał Boni ogłosił raport "Młodzi 2011". Przekaz rządowego opracowania był dramatyczny: sytuacja młodych jest najgorsza od lat. Ludzie po studiach utykają na bezpłatnych stażach, co czwarty nie ma pracy, a trzech na pięciu jest zatrudnionych na umowę tymczasową. I tą "tymczasowość" - synonim braku bezpieczeństwa - przylepiła wszystkiemu, co nie jest stałym etatem, etykietkę "umowy śmieciowej".

- Hasło rozgrzano do czerwoności w kampanii wyborczej. Politycy chcieli być solidarni z pracownikami - mówi Artur Skiba, dyrektor zarządzający firmy rekrutacyjnej Antal International. - Ich misją stało się uświadomienie młodym ludziom, jak niecne cele mają przedsiębiorcy oferujący inne niż umowa o pracę formy zatrudnienia.

I tak do jednego worka wpadły umowy cywilnoprawne (umowy-zlecenia czy o dzieło), które nie dają pracownikom prawie żadnych praw, oraz umowa o pracę na czas określony. A etat bez względu na czasowe ograniczenia zawiera wszystko, co zapisane jest w kodeksie pracy: * ośmiogodzinny dzień i pięciodniowy tydzień pracy; * płatne urlopy wypoczynkowe i rodzicielskie; * ochronę wynagrodzenia; * opłacone składki na ubezpieczenia społeczne. Jedyne ograniczenie umowy na czas określony jest takie, że można ją wypowiedzieć w każdej chwili, bez uzasadnienia, z dwutygodniowym wyprzedzeniem, nie gwarantuje też zdolności kredytowej. Czy to wystarczy, żeby nazywać ją śmieciową?

- Bezterminowość umów na czas nieokreślony jest ułudą - odpowiada dr Joanna Tyrowicz, ekonomistka z UW i Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. - Realna gwarancja zatrudnienia to nie "dożywocie", lecz zgodnie z kodeksem pracy od jednego do trzech miesięcy, bo tyle trwa okres wypowiedzenia w zależności od stażu pracy.

- Bezterminowość umów na czas nieokreślony jest ułudą - odpowiada dr Joanna Tyrowicz, ekonomistka z UW i Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. - Realna gwarancja zatrudnienia to nie "dożywocie", lecz zgodnie z kodeksem od jednego do trzech miesięcy wypowiedzenia w zależności od stażu.

To nie pociesza Joanny, która pracuje na czas określony (ma umowę do 2014r.) w jednej z prywatnych telewizji w Warszawie. - Nie do końca mi się to podoba - mówi.

O ile mniej martwią ją dwa tygodnie wypowiedzenia, o tyle boi się o kredyt na mieszkanie. Dostała go w2010 r. -Gdy stracę pracę, będzie ciężko -mówi.

Według GUS tak jak Joanna w drugim kwartale tego roku pracowało ponad 3,3 mln osób. To 27 proc. wszystkich zatrudnionych - najwięcej w Europie, niemal dwa razy tyle, co średnia europejska.

Zlecenie lepsze niż dzieło

Zdanych Ministerstwa Finansów (rozliczenie PIT 2010) wynika, że w zeszłym roku wyłącznie na umowach o dzieło czy zlecenie pracowało 796 tys. osób. Dlaczego aż tyle?

- Mamy bardzo liberalne prawo pracy - mówi Dominik Owczarek, socjolog z Instytutu Spraw Publicznych. - Stąd tak dużo umów, które nie podlegają kodeksowi. I pracujących, którzy nie są chronieni, w odróżnieniu od tych na umowie o pracę.

Co w takim razie należy się "cywilnoprawnym" pracownikom?

Po pierwsze, między umową-zleceniem a umową o dzieło są spore różnice.

Pracujący na umowie-zlecenie ma opłacane składki ZUS: emerytalne, rentowe i zdrowotne. Może więc pójść do lekarza, a na zwolnienie tylko, gdy ubezpieczenie chorobowe opłaci sam.

Niestety, nie chroni go kodeks pracy, nie ma więc prawa do: * płatnych urlopów wypoczynkowych i rodzicielskich; * lata nie zliczają się do stażu pracy; * nie obowiązuje go kwota pensji minimalnej ani dodatek za pracę w nocy czy nadgodziny. I może zostać zwolniony z dnia na dzień.

O plusach i minusach takiej umowy przekonała się Ewa, 30-letnia redaktorka z Warszawy: -Jestem zadowolona z pracy i pensji, nie czuję się zagrożona. Na stabilność zatrudnienia nie wpływa rodzaj umowy, tylko to, jak się pracuje. Urlopu mogę wziąć więcej niż etatowcy, tyle że nikt mi za niego nie zapłaci. Mam zadaniowy czas pracy i nikt mnie z tego nie rozlicza. Tylko z tego, co zrobię. Opłacam sobie składkę chorobową, więc mogę iść na zwolnienie.

Najgorsze są umowy o dzieło. Tak pracującej osobie nie opłaca się żadnych składek: * zdrowotnej, więc nie może korzystać ze służby zdrowia; * emerytalnej -nic jej się nie odkłada na emeryturę; * rentowej, czyli w razie choroby nie ma prawa do renty; * chorobowej, a więc nie ma prawa do zwolnienia ani do urlopów rodzicielskich; * nie może pójść na urlop wypoczynkowy; * nie podlega żadnej ochronie.

- Od kilku lat pracuję na umowę o dzieło. Dla mnie to "umowa śmieciowa", bo mi ją narzucono. Albo to, albo nic - skarży się Agnieszka z Warszawy, 50-latka z branży reklamowej. -Najbardziej boję się o emeryturę, bo na nią nie odkładam.

Emerytura to nie jedyna bolączka pracowników na umowach o dzieło.

Często używa się argumentu o braku ich wiarygodności dla banków.

1 2  następne »
Udostępnij link: Facebook

Najnowsze wiadomości