Kultura > 

Korczak. Nie opowiadaj głupstw, doktorku

rozmawiała Anna Bikont

2011-07-17

"Byli wychowankowie Korczaka krzyczą: Po co nas mierzono, ważono, tuczono - żeby potem wyrzucić za próg, gdzie nic nas nie czeka?" - rozmowa z Joanną Olczak-Ronikier, autorką książki "Korczak. Próba biografii"

Fot. Tomasz Wawer / AG

Janusz Korczak
+ więcej zdjęć

Pamiętasz Janusza Korczaka z czasów, kiedy odwiedzał twój dom rodzinny?

- Z anegdot rodzinnych wynika, że nie bardzo go lubiłam. Chciałam być traktowana serio, a on próbował mnie rozbawić surrealistycznymi historyjkami. "A twoja babcia, jak ty zaśniesz, zamienia się w ptaka i fruwa po mieszkaniu"; "A twoja babcia to tak naprawdę ma cztery ręce, tylko dwie schowane". Podobno odpowiadałam: "Doktorku, nie opowiadaj takich głupstw, bo cię wyrzucę z domu". Myślę, że przebywając od rana do wieczora z nieszczęśliwymi dziećmi, wyrobił w sobie nawyk ciągłego żartowania z nimi, figlowania, rozśmieszania. Trudno, żebym to rozumiała, mając cztery lata. Nawet nie wiem, czy go rzeczywiście pamiętam, czy mi to później wmówiono.

W zapiskach z getta, kilka dni przed śmiercią, Korczak podsumowywał swoje klęski: "Pisma, w których współpracowałem, bankrutowały. Wydawca odebrał sobie życie, zrujnowany". Dlaczego śmierć jego wydawcy, a twojego dziadka, Jakuba Mortkowicza, Korczak wliczał do osobistych klęsk?

- Czuł się z nim blisko związany. Zetknęli się na początku XX w. na Uniwersytecie Latającym, legendzie tamtych czasów. Były to świetnie zorganizowane tajne studia, na których wykładali najwięksi warszawscy naukowcy, pozbawieni przez rząd carski prawa nauczania na legalnych uczelniach. Młodzież spotykała się z profesorami w prywatnych mieszkaniach i w którymś z takich salonów skrzyżowały się ich drogi. Korczak, jeszcze wtedy Henryk Goldszmit, studiował medycynę, a mój dziadek skończył już Akademię Handlową w Antwerpii i pracował w banku Wawelberga. Musieli poczuć jakieś duchowe powinowactwo, bo przyjaźń wtedy zawarta okazała się dożywotnia. Gdy dziadek założył własne wydawnictwo, Korczak był jednym z jego pierwszych autorów. Po śmierci dziadka matka i babka kontynuowały działalność wydawniczą, a on do końca publikował u nich swoje książki i uważany był za najbliższego przyjaciela rodziny. Stąd jako pediatra leczył najpierw moją matkę, a potem mnie.

Już powstała w twojej rodzinie jedna książka o Korczaku, Hanny Mortkowicz-Olczakowej.

- Książka mojej matki wyszła w 1949 r. Napisana niedługo po wojnie dzisiaj trochę razi hagiograficznym tonem. Wielka szkoda, że matka, znając Korczaka tak dobrze, nie zostawiła więcej osobistych szczegółów, nie stworzyła bardziej wyrazistej charakterystyki jego i otaczającego go środowiska.

Twoja matka pisze o Korczaku: "Dziecko w domu o obyczaju czysto polskim bez tradycji religii mojżeszowej rosło w nieświadomości pochodzenia, wolne od lęków i kompleksów".

- Chciała w najlepszej wierze podkreślić polskość jego rodziny. Taka była w tamtych czasach tendencja. Zasymilowani Żydzi wstydzili się niedalekiej przeszłości, przodków mówiących po żydowsku, ich chałatów i pejsów. Uważali ortodoksyjny świat, z którego uciekli rodzice czy dziadkowie, za średniowieczny przeżytek. Podobnie myśleli moi bliscy; nigdy nie ukrywali żydowskiego pochodzenia, ale byli dumni ze swojej przynależności do polskiej kultury i niechętnie wspominali przedasymilacyjne dzieje. Jeszcze w pokoleniu mojej prababki przyjaciółmi domu byli sami Żydzi, ona mówiła po polsku z wyraźnym żydowskim akcentem, ale postanowiła, że jej dzieci będą Polakami. Posyłała je do polskich szkół, napominała, by posługiwały się poprawną polszczyzną, i była z ich polskości dumna.

Matka, zgodnie z obowiązującą wtedy poprawnością, nie chciała szukać w rodzinie Henryka śladów obyczajowości żydowskiej. A przecież do czternastego roku życia mieszkał nie tylko z rodzicami, ale także z babką, która, jak pisano we wspomnieniu pośmiertnym w "Izraelicie", odznaczała się "głęboką religijnością". Trudno uwierzyć, że nie przestrzegała szabatu i że z okazji święta Purim nie piekła dla wnuków smakołyków. Gdy umarł ojciec Korczaka, matka otworzyła stancję dla uczniów i dała anons w gazecie: "Przyjmuję uczniów Izraelitów, gwarantuję kuchnię koszerną i stosowanie się do obowiązujących przepisów religijnych". Nie był to więc dom o "obyczaju czysto polskim".

Zależało mi na tym, by pokazać etapy drogi, jaką przeszły kolejne pokolenia, nim Henryk Goldszmit stał się Januszem Korczakiem i polskim pisarzem. Dziadkowie - polscy Żydzi. Rodzice - Żydzi spolonizowani. On sam Polak-Żyd. Zawsze podkreślał swoją podwójną tożsamość.

Twoja matka pisała: "Był Polakiem z urodzenia, z wychowania, z sentymentu, wraz z poczuciem rosnącej nienawiści, bojkotu, prześladowań, czuł się coraz bardziej osaczony i zatruty przez smutek żydowski".

- Poświęcenie się Korczaka żydowskim dzieciom było przez moich dziadków przyjmowane jako dziwactwo czy nawet regres na drodze do polskości. Uważali, że marnuje swój talent literacki i że powinien być przede wszystkim pisarzem. Ale dzieci interesowały go zawsze bardziej niż pisarskie sukcesy. A o tym, że były to dzieci żydowskie, zadecydowała na początku konieczność. Jako młody pediatra został zatrudniony w 1905 r. w żydowskim Szpitalu Dziecięcym Bersonów i Baumanów. Za carskich czasów Żydzi nie mogli pełnić funkcji w służbie państwowej. Mógł dostać posadę tylko w żydowskiej instytucji.

Piszesz, że pierwszy raz z dzieckiem mówiącym w jidysz spotkał się w 1904 roku, kiedy po raz pierwszy wyjechał jako opiekun na kolonie letnie dla żydowskich dzieci. Notuje wtedy: "Cichy, szary wyraz polski... >>smutno<< jest po żydowsku też >>smutno<<. I kiedy dziecku polskiemu czy żydowskiemu źle się dzieje na świecie - tym samym wyrazem myśli, że jest mu smutno".

- Wtedy po raz pierwszy pomyślał, że woli być wychowawcą niż lekarzem.

Na podstawie twojej książki można by napisać scenariusz filmu przygodowego. Korczak jest wszędzie tam, gdzie zamieć wojenna: wojna rosyjsko-japońska, rewolucja 1905 r., front wschodni w czasie I wojny światowej, rewolucja 1917 r.

- Życie wplątywało go w wojenne sytuacje, ale on był pacyfistą, człowiekiem łagodnym. Nienawidził okrucieństwa, przemocy. Kiedy wypełniał oficjalną ankietę dotyczącą własnej służby wojskowej, w rubryce "Ordery" napisał: "Trzy, może cztery". Chciał wyraźnie zaznaczyć swój niechętny stosunek do tematu. Nie znosił także polityki. Podkreślał: "Do żadnej partii politycznej nigdy nie należałem". "Jestem człowiekiem samotnej drogi". Na tym polegał jego dramat, że nigdzie nie pasował. I wszyscy mieli do niego pretensje. Żydzi tradycyjni zarzucali mu, że w Domu Sierot polonizuje wychowanków, którzy potem nie znajdują dla siebie miejsca w żydowskim środowisku. Polacy i Żydzi asymilowani uważali, że niepotrzebnie utrwala w dzieciach poczucie żydowskiej tożsamości, utrudniając integrację z polskim społeczeństwem. Syjoniści krytykowali go, bo nie wzywa do wyjazdu do Palestyny. Komuniści - bo nie wzywa do walki z kapitalizmem. Wychowankowie czuli żal, że nie zostali przygotowani do samodzielnego życia. Współpracownicy uważali, że tworząc w Domu idealistyczny ład, rozbudza w dzieciach nierealną nadzieję, że świat będzie równie życzliwy i sprawiedliwy. Mało wiadomo o tych wszystkich zarzutach. We wspomnieniach o Korczaku wszystkie głosy łączą się w pean pochwalny. Tylko twoja ciotka opowiada o pewnej awanturze.

Moja ciotka Ida Merżan opisuje spotkanie Korczaka z byłymi wychowankami. Krzyczą: Po co nas mierzono, ważono, tuczono - żeby potem wyrzucać nas za próg, gdzie nic nas nie czeka?!

- Dom Sierot mógł zmieścić niewiele ponad setkę dzieci w wieku od siedmiu do czternastu lat. Górna granica była określona przez regulamin i Korczak nic na to nie mógł poradzić. Na każde wolne miejsce czekała długa kolejka kandydatów. Nie wyrzucano wychowanków na bruk. Gdy dziecko kończyło trzynaście lat, wzywano rodzinę na naradę dotyczącą planów na przyszłość. Jeśli chciało uczyć się dalej w gimnazjum albo zdobywać fach w szkole zawodowej, mogło po ukończeniu czternastego roku życia złożyć podanie do Komisji Opiekuńczej Domu Sierot o przedłużenie pobytu na rok lub dwa - do czasu ukończenia nauki. Jeśli podanie było przekonująco umotywowane, rozpatrywano je pozytywnie. Szczęśliwiec dostawał mieszkanie i utrzymanie, a w zamian musiał parę godzin dziennie poświęcić opiece nad młodszymi kolegami albo innym zajęciom domowym. Tak w roku 1923 narodziła się Bursa - internat dla starszych wychowanków. Ale był to oczywiście azyl dla nielicznych. Pozostałe musiały sobie radzić same. Najczęściej panna Stefania Wilczyńska szukała dla nich posady.

Dziś brzmi to okrutnie, ale wtedy czternastolatek traktowany był jak dorosły człowiek. Jeśli pochodził z uboższych środowisk, szedł na służbę, do terminu u rzemieślnika, do pracy w fabryce. Trzeba pamiętać o panującym w Polsce bezrobociu. Szczęściem było znaleźć jakiekolwiek zajęcie.

Ida Merżan indoktrynowała starsze dziewczynki, żeby wstąpiły do pionierów, i uczyła je o walce klas. Korczak - to mi opowiadała moja druga ciotka, pedagog Hanna Lanota, która odwiedzała Dom Sierot - był impregnowany na komunizm. Sarkastycznie strofował w tej sprawie wychowawców, z których wielu miało takie ciągoty: "Wybrałeś już latarnię, na której zawisnę w czasie twojej rewolucji?". Uważał to wszystko za szkodliwe bzdury.

- Z komunizmem zetknął się w Rosji. Był na Wschodzie, kiedy skończyła się wojna i zaczęła rewolucja. Przez rok nie mógł się wydostać z rewolucyjnego chaosu, mieszkał w Kijowie w jakiejś suterenie, przymierał głodem. Widział tyle terroru i bezprawia, że po latach nie mógł o tym myśleć spokojnie.

Hannie Lanocie, przy całym szacunku dla Korczaka, nie podobało się, że w Domu Sierot tak ograniczano horyzonty wychowanków: dziewczynki cerowały pończochy, a chłopcy pracowali w warsztatach. Korczak przyjmował założenie, że należy je przystosować do życia w antysemickiej Polsce, która ich nie dopuści do żadnych prac poza rzemieślniczymi. Jak tak można? - dziwiła się nawet po latach.

- Te dzieci pochodziły z najbiedniejszych żydowskich slumsów. Dziś trudno sobie wyobrazić warunki, w jakich się wychowywały. Kilkanaścioro ludzi w jednej izbie, nędza, ciągły głód, brud, robactwo, szczury. W Domu Sierot te dzieci po raz pierwszy w życiu widziały klozet i bieżącą wodę, płakały, że nie chcą spać same, uczyły się jeść nożem i widelcem. Porozumiewały się w jidysz, nie znały polskiego. Czy czas spędzony na Krochmalnej wystarczał, by rozbudzić w nich życiowe aspiracje, zrodzić marzenia o wyższym wykształceniu? Może Korczak był po prostu realistą i wiedział, że najważniejszy jest fach w ręku. Rzeczywiście tylko nieliczni wychowankowie skończyli studia. Lepiej powiodło się tym, którzy wyjechali z Polski. Ci, którzy zostali w kraju, pracowali jako sprzedawcy, pomocnicy drukarzy, introligatorzy, krawcy. Powtarzali w swoich wspomnieniach, że Korczak nie przygotował ich odpowiednio do walki o byt. W Domu Sierot żyli wśród jasno określonych zasad i reguł. Opuszczając go, wkraczali w bezwzględny świat. Czuli się bezbronni.

Marek Edelman zarzucał Korczakowi, że żaden z jego wychowanków nie walczył w Żydowskiej Organizacji Bojowej. Ale taki był jego idealistyczny system wychowania - w duchu pokoju, bez przemocy.

Hanna Lanota opowiadała, że fascynowały go małe dzieci, to, żeby je kąpać, mierzyć, ważyć, aż to było dziwne. Niesamowicie dbał o rozwój małych dzieci, a potem tracił zainteresowanie nimi. Gdy wracały, już po opuszczeniu Domu Sierot, by pochwalić się jakimś swoim osiągnięciem, ledwo je poznawał.

- Był pediatrą i wychowawcą, ale także naukowcem. Badał mechanizmy dzieciństwa, które uważał za najważniejszy etap w życiu człowieka. Dlatego tak bacznie obserwował rozwój psychiczny i fizyczny małych dzieci. Potrzebne mu były wszystkie te systematycznie sporządzane wykresy miar i wag, by sprawdzać, czy dziecko prawidłowo funkcjonuje. Dużo pisał o dziecięcej potrzebie bliskości, czułości, pieszczoty, która zwłaszcza w internatowych warunkach trudna była do zaspokojenia. Ale przestrzegał rodziców i opiekunów, by widzieli granice między dziecięcymi pragnieniami a własnym głodem uczuciowym czy erotycznym. Sam tych granic nigdy nie przekraczał, choć istotnie lubił przytulać dzieci, brać je na kolana, w nocy, kiedy któreś płakało, zanosił do własnego łóżka. Był posądzany o pedofilię, ale zachowywał się jak kochający ojciec, niezindoktrynowany jeszcze naszymi, współczesnymi obsesjami.



Udostępnij link: Facebook

Najnowsze wiadomości